Lech Pilecki, 23 marca 2026 r.
Kilka dni temu wróciłem z włoskiej wyspy Elba, na której cesarz
Napoleon, po klęsce jego Armii pod Waterloo, przez ponad 9 miesięcy, od 3
maja 1814 do 26 lutego 1815 roku, przebywał na wygnaniu. A ja, po
powrocie do Polski, chcę dziś przypomnieć mały szczegół, a może legendę, która
łączy Napoleona z naszym Podlasiem.
Prawdopodobnie między 25, a 26 czerwca 1812 roku, w poranku jeszcze
chłodnym, gdy trawa Podlasia trzymała rosę, jakby była pokryta srebrem, Cesarz
Napoleon Bonaparte podążając na wojnę z carską Rosją, miał, jak chce miejscowa
opowieść, zatrzymać się ze swoimi oddziałami, na skraju wsi, którą dziś
nazywamy Cibory-Witki, a która wówczas, jak mówią niektóre pisane źródła, mogła
należeć do pól Ciborów-Chrzczonych. Na niewielkim wyniesieniu terenu, nazwanym
później Górką Napoleona, wprost zakochani w swoim wodzu żołnierze, usypali z
ziemi prowizoryczny kopiec, przenosząc ją w czapkach. Zrobili to nie tylko po
to, by ich cesarz mógł zjeść śniadanie patrząc na swoją Armię „z góry”, ale i
dlatego, że Napoleon wzrost miał niewielki, słowa wielkie, a z podwyższenia
łatwiej było przemówić do armii, która właśnie podążała na Moskwę.
Śniadanie było szybkie, wojenne i jak na cesarza, zaskakująco skromne.
Wyobraźnia dopowiada zapach potage chaud: wrzącego bulionu wołowego z mięsa na
kości, z cebulą i marchwią, parującego w metalowej misie. Po nim bœuf bouilli,
wołowina z wywaru, krojona grubo, bez sosu, tylko lekko posolona. Do tego œufs,
jajka kurze, a może prosty omlet, ścięty na półtwardo, bez jakichkolwiek
fanaberii. Dalej légumineuses, czyli soczewica albo fasola, gotowana w wodzie i
aby dodać nieco jej smaku i charakteru, doprawiona jedynie solą i kroplą octu.
Na koniec pain ou biscuit, a więc chleb pszenny lub żytni, czasem suchary
wojskowe, a do popicia boisson czyli czarna kawa, herbata albo zwyczajnie
ciepła woda. Jak twierdzi znawczyni cesarskiego menu, śniadanie trwało nie
dłużej niż kwadrans; Napoleon nie lubił tracić czasu przy stole, wolał go
oszczędzać na historię.
Tę listę potraw znam z opowieści przewodniczki z północnej Francji,
spotkanej przeze mnie w Lille, dokąd co roku, na początku września, jeżdżę na
słynną Braderie de Lille. To ona, już dwukrotnie oprowadzając mnie po
XVII-wiecznej Citadelle de Lille, zaprojektowanej przez Sébastien Le Prestre de
Vauban, opowiedziała mi śniadaniowe menu cesarza z kampanii 1812 roku. Jej
opowieść, podszyta faktami i uśmiechem, doskonale pasuje do tej podlaskiej
górki, proste jedzenie, krótka przerwa, długie cienie żołnierzy i zapewne słowa
skierowane tam do Jego żołnierzy, które miały dodać odwagi przed drogą w
nieznane.
Co ważne, po moich usilnych poszukiwaniach, Górkę Napoleona położoną
obecnie we wsi Cibory-Witki, wreszcie wskazał mi i pomógł ją odnaleźć Pan
Tomasz Andruszkiewicz, człowiek niezwykle gościnny i życzliwy, a zarazem
znakomity znawca lokalnych historii, które nie zawsze trafiły do podręczników.
Dzięki niemu to miejsce dla mnie przestało być punktem na mapie, a stało się
opowieścią osadzoną w krajobrazie.
Dziś na nieco zarośniętej i dawno nie koszoną trawą, Górce Napoleona, za
metalowym ogrodzeniem, stoi kamienny pomnik z kutym, metalowym krzyżem, a
okoliczni mieszkańcy od niepamiętnych lat zawieszają na nim trójkolorowe
wstążki. Dla Francuzów ich barwy nie są przypadkowe: niebieski oznacza Wolność,
biały, Równość, a czerwony, Braterstwo. Te same idee, które niesiono na
sztandarach Wielkiej Armii, dziś cicho powiewają nad podlaskimi polami.
To miejsce ma w sobie coś kultowego: ciszę poranka, miękkość ziemi i
legendę, która smakuje jak ten cesarski bulion z cebulą. Szkoda tylko, że brak
tu choćby skromnej tablicy informacyjnej. A przecież kilka zdań wystarczyłoby,
by nawet przypadkowy przejezdny czy też piechur zrozumiał, dlaczego ta
niepozorna górka na skraju wsi zasługuje na chwilę zatrzymania, tak jak wtedy,
gdy cesarskie śniadanie trwało zaledwie kwadrans, a historia ruszała dalej.